poniedziałek, 7 lutego 2011

taki tam spokojny dzień...

Musimy zwolnić... Starość jednak nie radość...Zwłaszcza że M dziś rano postanowił zadbać o kondycję i biegał od rana...
Zaczęliśmy od centrum? starówki? Jedyne miejsce w Honolulu gdzie wieżowce robią trochę miejsca niższym budynkom. I wszędzie stoją posągi Kamehamehy - króla, który zjednoczył wszystkie plemiona hawajskie i stworzył prawa, konstytucję i doprowadził wyspy do bogactwa. Tu niżej to jedyny pałac królewski w USA.

I nie wiem co to dzisiaj za dzień, ale w każdym kościele, który mijaliśmy odbywał się ślub. Jakaś szczęśliwa data? Potem musiałam koniecznie wjechać na najwyższą wieżę w okolicy, a kiedy ja obpstrykiwałam panoramę Honolulu, mój M zajmował się zgoła czym innym...


A na koniec przeszliśmy przez tą bramę i pogrążyliśmy się w dim sum... mniam! Jak dogadać się z nimi i zaproponować, aby otworzyli interes na Kazimierzu? ech!

1 komentarz: